Grudniowy limes

Najgorsze, co można zrobić, to odwrócić się za siebie.

Grudzień jest jednak o wiele bardziej okrutnym miesiącem, bo nie dość, że człowiek odruchowo ogląda się do tyłu, to jeszcze wytęża wzrok, próbując dostrzec coś przed sobą.

Z ciemnego, zimowego nieba płyną powoli płatki śniegu, roztapiając się na twarzach ludzi myślących o prezentach, choinkach, ozdobach świątecznych, zakupach na kolację, strojach na sylwestrową zabawę. O słodkie zabieganie, o paląca gorączko bożonarodzeniowa, o tęsknoto za bliskimi, żebyście faktycznie mieli cokolwiek wspólnego z amerykańskim ideałem Ducha Świąt, zapisanym na tysiącach kilometrów taśm filmowych. Błotnista breja rozpryskuje się pod startymi podeszwami, a sól wyżera klej spajający tanie buty. Sklepy świecą się od lampek, jakby sygnalizowały SOS do najbliższej sondy kosmicznej, ceny tańczą prowokacyjne tango promocyjne, na parking przed galerią handlową się nie wciśniesz, do autobusu jadącego w pobliże też ciężko. Kapitalizm szaleje, kwitnie, orgazmicznie nachapie się, co mu się o tej porze należy. Kolorowe półki, krzyczące reklamy, wszystko miga i śpiewa, kasjerki dostają drgawek od kilometrowych kolejek, wprawiających ich miejsca w pracy w nieustaące, kilkunastogodzinne „piip-piip-piip”, a młode, wystylizowane dziewczęta z butików na pasażu mają samobójcze myśli o tym, że to chyba faktycznie będzie ich „Last Christmas”, jeśli ktoś zaraz nie wyłączy nieustającej kakofonii imperialistycznych kolęd z Zachodu, pełnych chóralnej muzyki dzwoneczków, tańczących reniferów i pocałunków pod jemiołą oraz apeli o pokazanie prawdziwych świąt Afryce, choć przecież Święty Mikołaj mógłby się przegrzać i nabawić febry przez to czerwone wdzianko. Takie święta, to jednak byłby świetny prezent dla Afryki, zasmakowaliby tej niepowtarzalnej atmosfery! A propos prezentów. Gotowe zestawy są tak oklepane i wytarte, że wstyd nawet na nie zerkać, jednak czas nagli, czekoladki w adwentowym kalendarzu już dawno pożarte, a przecież nie wiadomo tak właściwie co kupić. Co używają na co dzień, to sami sobie kupią, nam nie pasuje podstawowych artykułów wręczać, bo jeszcze pomyślą, że coś sugerujemy, ale z drugiej strony przyda się, będą mieć na zapas, nie muszą kupować sami nowych, zaoszczędzą. A zbędnych bibelotów, fircykowatych ozdóbek mają już nadto, ale właściwie czemu nie, jak nie dostaną od kogoś, to sami sobie takiego zbytku nie sprawią, a może właśnie chcą, tylko sobie żałują. Albo ta nowa moda na doznania – bilety do kina, SPA, karnety na basen, fitness, siłownię, kurs tańca, kupony ze zniżkami, lot paralotnią, kurs nauki koreańskiego! Fantastyczny pomysł, wyciągnie ich z domu, bo tak siedzą, zasiedziali, a zrobiliby coś ze sobą, rozwijali się, niech się ruszą, nie, nie damy wam spokojnie posiedzieć w domowym zaciszu. Ozdoby! Jakie śliczne, świecące, mrygające, dzwoniące, jak cudnie będą szkliły się w blasku domowego ogniska, szkoda że jedyny kominek to ten, namalowany na kartce świątecznej. Trzeba zaopatrzyć się w nowe dekoracje, przecież te stare porósł kurz, potłukły się, spłowiały, wyszły z mody. Może kilka wyciągniemy, by z rozrzewnieniem powspominać, jak to berbeciem się było, cukierki zjadało, a na ich miejsce w papierki zawijało watę, żeby nikt się nie zorientował. Ale tylko kilka, bo takie już jarmarczne są, tanie, takich się nie wiesza, no chyba, że ktoś chce, żeby mu pasowały do polerowanej meblościanki. Te nowe kuszą radością tego, co nadchodzi! Opłatki jeszcze, opłatki, legenda głosi, że tyczą się Jezusa, jego ciała, bo obchodzimy jego urodziny, więc dzielmy się jego ciałem, mamrocząc pod nosem życzenia, nie patrząc oczy wymęczonej matce, rozgniewanemu o wszystko ojcu, znudzonemu bratu, nieznośnej siostrze, marudzącej w kółko to samo babci, stetryczałemu, narzekającemu dziadkowi. A tak naprawdę opłatek jest fajny i fajnie rozpływa się na języku, więc ukradkiem pochłoniemy resztę, nie myśląc wcale o żadnym ciele, chyba że ktoś jest ciele i naprawdę w to wierzy. Ho, ho, ho, o jedzeniu wolę nie wspominać, dań musi być dwanaście, zgodnie z tradycją, oczywiście tą szlachecką, czyli dotyczącą 1% populacji dawnej Polski, bowiem w chłopskich chatach tyle dań, to i przez cały rok zbiorczo nie uświadczono. Ale my mamy, nas stać, nam się należy, najść się do syta, za wszystkie czasy, nie odchodzić od stołu, w końcu trzeba ten czas z rodziną, po bożemu, dzieląc się posiłkiem, przez trzy dni, a może i cztery. Zupa w zależności od regionu, barszcz, grzybowa, rybna, takie pyszne, takie zdrowe, a nic to, że symbolizowały biedę i resztki, nic to, my mamy więcej, nas stać, dołożymy prócz kapusty z grochem, karpia, którego nikt nie lubi [czego pojąć nie mogę], tak jak i kompotu z suszonych śliwek [a i to lubię], jeszcze górę ciast, ciasteczek, owoców, słodkości, alkoholu, galaret, mięsiwa, maku, ale co ten mak właściwie oznaczał? Nie ważne! Czego dusza zapragnie, a stół nie powyłamuje z rozpaczy nóg. Puste miejsce przy stole – obowiązkowo, jak każe tradycja, jest. Ktoś puka do drzwi? Weź ścisz muzykę, znowu pewnie chodzą po prośbie, rumuny jedne, kociki nachalne, wstydu to nie ma, zakłócać spokój o tej porze. Prezenty, och prezenty, wszyscy wspinamy się na wyżyny aktorstwa, że się nie spodziewaliśmy, och jak genialnie to wymyśliłeś, właśnie tego potrzebowałam, boże drogi, co ja z tym zrobię. Śpiewamy kolędy? Czemu nie, choć może jednak lepiej zrobi to za nas chór uroczych dzieci w telewizji, na spacer ruszyć się ciężko, zresztą, zaraz zacznie się Kevin, ciekawe co w tym roku wymyśli, I have no idea.

A potem kończą się święta, przypominamy sobie, ile to mieliśmy przez nie nadrobić zaległości, no ale jeszcze chwila, jeszcze sylwester, przecież jest koniec roku, MUSIMY się bawić, TRZEBA świętować, tylko nie wiem, z czego się cieszyć? Że stare problemy odejdą, a Nowy Rok przyniesie nowe nadzieje? Czy może, że ceny i podatki skoczą zgodnie przez zaspy, krzycząc Do Siego Roku! I wtedy robisz się ten katastrofalny w skutkach błąd, obracasz się, patrzysz – co też mi się w tym roku wydarzyło? Jeśli jesteś w stanie uśmiechnąć się do minionych miesięcy, nazwij siebie szczęściarzem, bo przecież życie to pasmo strat, a co minęło nie wróci, zwłaszcza gdy było piękne, wyjątkowe, grzejące serce.  Nic takiego się nie zdarzyło? Och, na pewno Nowy Rok przyniesie odmianę, w końcu rzucisz palenie, zaczniesz ćwiczyć regularnie, przestaniesz bać się artykułować swoje emocje i zmienisz pracę, ktoś cię doceni, zrealizujesz swoje pasje, poznasz miłość swego życia. Wznieśmy toast ruskim szampanem, bąbelki porywają nas w wir tańca po wykładzinie, radio złote przeboje zapewni nam niezapomnianą noc, nawet widać trochę fajerwerk zza sąsiedniego bloku, wyjdźmy na balkon, zobaczymy więcej, pokrzyczmy trochę do tych, co stoją na mrozie i fundują nam za free to piękne widowisko, pokrzyczmy, może ktoś pomyśli, że to z euforii i radości, może nikt nie domyśli, że zwyczajnie jesteśmy przerażeni tym, że wszystko zaczyna się od początku, choć tak naprawdę nie zaczyna się nic, tylko ludzie sobie wyznaczyli te symboliczne limesy, dla wprowadzenia pozornego porządku, a tak naprawdę na grozę tym, którzy wiele tych limesów już mają za sobą, a bałagan wokół siebie wciąż ten sam, niezmienny, mimo znaków w kalendarzu, że oto można zacząć od nowa, że teraz wszystko to było, można zmienić na lepsze. Przecież jesteśmy lepszymi ludźmi, tyle doświadczyliśmy, o tyle jesteśmy mądrzejsi, zupełnie nie tacy sami, jak jeszcze zeszłego sylwestra, nie! Zmieniliśmy się. To tylko bałagan wokół nas ten sam. Patrzymy na zmęczoną, narzekającą rodzinę, na przyjaciół, będących ciągle za daleko, na znajomych, kompletnie nie wykazujących zainteresowania z kim właściwie mają do czynienia, na plastikowe, potworkowe ozdoby i smętną choinkę, na byle jak zapakowane prezenty, podarty papier, poklejony taśmą klejącą, na ciasne mieszkanie i stos brudnych naczyń, na topniejący śnieg i błoto za oknem, i to chyba nie jest tak, nie, tak nie dzieje się na amerykańskich filmach, chyba coś znowu zrobiliśmy źle, za mało się staraliśmy, znowu zostawiliśmy wszystko na ostatnią chwilę. Ale w przyszłym roku się poprawimy, zrobimy wszystko jak należy. I nie będziemy spoglądać za siebie, bo wszystko będzie takie idealne, że nie będziemy potrzebować pocieszenia w przeszłości, nawet jeśli wiemy, że tam go nie znajdziemy.

Reklamy

2 thoughts on “Grudniowy limes

  1. Grudzień jest niezwykle uroczym miesiącem, w którym każdy, *każdy* przynajmniej przez chwilę łapie stany depresyjne albo zachowuje się jak maniak i próbuje obcym ludziom wciskać groszek w sklepach samoobsługowych (dłuższa historia, ale traumatyczne!). Co nie przeszkadza patrzeniu w tył, którego trudno uniknąć, kiedy patrzy się na puste miejsca przy stole, których z upływem lat jest coraz więcej, a nie przybywa nikt nowy, bo i skąd, nie ma jest Supermarketu z Mężami, choć wszyscy skrycie marzą. No i pewnie, że musi być amerykańsko, bo jak inaczej, przecież nie po naszemu, po naszemu nie jest dobrze, bo i my mamy kompleksy. Ma być dużo, ma być bogato, ma być biało, czysto, przestronnie, jakbyśmy wcale nie mieli tej meblościanki i jakby to była żywa choinka, bo sztuczna to wstyd, i jakbyśmy w ogóle nie byli sobą, tylko kimś lepszym, bo to w tym właściwie tkwi problem. Nie wiem, ja ze świętami jakoś problemu nie mam, tzn. u nas ledwo się je obchodzi, więc może dlatego, ale moja niechęć do celebrowania sylwestra jest zupełnie niezrozumiała dla mojej szanownej rodzicielki, która uważa, że każdy winien iść na imprezę i ‚poskakać’, bo przecież to takie ważne i fajne. A jak pytam, co w tym ważnego – nie wie. Bo tak się robi. Bo tak powinno się robić w moim wieku. Widać wybrakowana jestem, bo w ogóle mnie to nie kręci, ja spać chcę, ja filmy chcę, ja w pokemony zaczęłam grać, bo przecież sesja idzie, to człowiek musi mieć coś do roboty, żeby się nie uczyć. W sumie lubię grudzień i to przejmujące poczucie beznadziei, które spontanicznie człowieka łapie na środku ulicy i prawie przewraca w zaspę brudnego śniegu. Bez tego to by nie było to samo.

  2. Urodziłam się pod koniec listopada i zwykle to listopad jest najgorszym miesiącem w roku. Grudzień już mi nie doskiwera, bo wszystkie podsumowania, rozkminy i oglądanie się wstecz zaliczam własnie na okoliczność swoich urodzin. Nawet kiedy nie robię tego świadomie, gdzieś tam w okolicach żołądka czuję ssącą pustkę. Kolejny rok mija. Zmieniło się wszystko i zupełnie nic… Sylwester nie jest mi już zwykle straszny. Straszny jest 1 stycznia i świadomość, że najpewniej 2 mam zajęcia na 8.30, że muszę tłuc się na dworzec kolejowy, potem z dworca jechać do jednego ze swoich domów, a jestem śpiąca, zmęczona i nie chcę jutra.
    W tym roku zdarłam folię z mojego nowego kalendarza dopiero 4 stycznia. Zwykle trudno mi wytrzymać do Nowego Roku. Myślisz, że to jakiś znak?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s