Dobre rady

W przeciągu ostatnich dwóch tygodni przyszły do mnie cztery osoby, każda z zapytaniem o radę. Trzy przypadki były romantyczne, jeden życiowy. Na każdy miałam jedną, bardzo romantyczną, a jednocześnie bardzo życiową radę: rób to, co dyktuje Ci serce. 

Ten banał rodem z bajek Disney’a kłóci się z moim etosem rozumu i nauki, jednak w przypadku chęci odczuwania szczęścia, serce zwykle jest dominującym kompasem, nawet wbrew naszym zamiarom.

Osoby poszukujące u mnie rady, zupełnie, jakbym była kimś, komu w życiu się powodzi we wszystkich dziedzinach, przyznały mi rację, jednak martwił je fakt, że przy podejmowaniu decyzji korzystnych dla siebie, skrzywdzą kogoś bliskiego. Odpowiedź na to jest również jedna, równie banalna, co poprzednia: nie można zadowolić wszystkich. Albo ktoś jest zadowolony, a Ty się męczysz, bo czujesz obowiązek spełnić jego oczekiwania; albo Ty jesteś szczęśliwy, a jego boli, że już nie tańczysz, jak on by Ci grał. Jeśli sam sobie tego szczęście nie weźmiesz, to nikt Ci go w prezencie nie da. Żeby być szczęśliwym, trzeba być bezwzględnym.

Prostota moich rad była cudowna, krzepiąca, dająca siłę i optymizm rozmówcom, którzy, jak miło mi było się przekonać, postąpili dokładnie według dykanda swoich serc, a co za tym idzie, wybrali swoje szczęślie, na przekór niezadowoleniu innym.

Nie potrafię opisać, jak bardzo zazdroszczę im, że znajdują się w sytuacji, gdzie muszę pokonać tylko tę jedną, trudną przeszkodę, jaką jest zranienie kogoś, by móc cieszyć się swoim własnym szczęściem. Oni idą jakąś drogą i mają tylko jednen mur do pokonania. 

W zasięgu mojego wzroku znajduje się jedynie pustkowie. Nie ma żadnej drogi, na której nie stoi żaden mur, za którym żadne szczęście nie czeka. To jest mój problem. Na który nie ma rady.

Reklamy