Kreatywność pod ciśnieniem

Jak zwykle podczas sesji energia do robienia innych rzeczy wprost rozsadza mi czaszkę. Pomysły na scenariusz, inspirowane nowymi serialami, których nie powinnam oglądać, jeśli marzę o zdaniu czterech egzaminów pod rząd, ćwiczenia, nowe fryzury, zakupy, chęć na malowanie farbami, uczenie się angielskiego lub rysowania, spacery po Krakowie… Jednocześnie rozproszenie myśli potęguje wraz z ilością materiału, który powinnam przyswoić. Nie umiem się już uczyć, za to umiem uświadamiać sobie, jak pokrętną osobą jestem, jak bardzo moje zachowanie jest ekscentryczne, i to niekoniecznie w interesującym, artystycznym tego słowa znaczeniu, nawet w sytuacjach, gdy chcę zachować spokój i godność. Boję się ludzkiego zainteresowania, samych ludzi nie lubię, a jednak bardzo, tak bardzo, że aż boli, pragnę ich uwagi, podziwu. Może faktycznie źle obrałam swoją ścieżkę, może miałam rację, gdy jako pięciolatka powtarzałam, że chcę zostać prezydentem. Tylko jak pogodzić pragnienie bycia słuchanym, gdy nie umiem przemawiać? Obsesyjny lęk wywołuje u mnie świadomość, że ktoś słucha i ocenia, a mimo to pragnę być słuchana i oceniania – oczywiście pozytywnie. Nikt mi nie zagwarantuje brak reakcji pełnej jadu, ba, nawet prędzej da się zagwarantować jej bezwarunkową obecność, cokolwiek człowiek nie robi, zawsze znajdzie się ktoś, kto go skrytykuje.

Chciałabym skupić się na tym, co lubię, by osiągnąć w tym dobre efekty, tymczasem rozpraszam się głupotami. I za mało piszę, praktycznie wcale, co zresztą widac po powtarzalnym, ubogim słownictwie tego wywodu. Dobrze, że coś chociaż czytam – chociaż powinnam zamiast kolejnego tomu Pieśni Lodu i Ognia, czytać notatki.

Będę pisać, będę, choćby nieskładne głupoty, choćby jednozdaniowe wyrzuty z myśli, ale będę.

Dobre rady

W przeciągu ostatnich dwóch tygodni przyszły do mnie cztery osoby, każda z zapytaniem o radę. Trzy przypadki były romantyczne, jeden życiowy. Na każdy miałam jedną, bardzo romantyczną, a jednocześnie bardzo życiową radę: rób to, co dyktuje Ci serce. 

Ten banał rodem z bajek Disney’a kłóci się z moim etosem rozumu i nauki, jednak w przypadku chęci odczuwania szczęścia, serce zwykle jest dominującym kompasem, nawet wbrew naszym zamiarom.

Osoby poszukujące u mnie rady, zupełnie, jakbym była kimś, komu w życiu się powodzi we wszystkich dziedzinach, przyznały mi rację, jednak martwił je fakt, że przy podejmowaniu decyzji korzystnych dla siebie, skrzywdzą kogoś bliskiego. Odpowiedź na to jest również jedna, równie banalna, co poprzednia: nie można zadowolić wszystkich. Albo ktoś jest zadowolony, a Ty się męczysz, bo czujesz obowiązek spełnić jego oczekiwania; albo Ty jesteś szczęśliwy, a jego boli, że już nie tańczysz, jak on by Ci grał. Jeśli sam sobie tego szczęście nie weźmiesz, to nikt Ci go w prezencie nie da. Żeby być szczęśliwym, trzeba być bezwzględnym.

Prostota moich rad była cudowna, krzepiąca, dająca siłę i optymizm rozmówcom, którzy, jak miło mi było się przekonać, postąpili dokładnie według dykanda swoich serc, a co za tym idzie, wybrali swoje szczęślie, na przekór niezadowoleniu innym.

Nie potrafię opisać, jak bardzo zazdroszczę im, że znajdują się w sytuacji, gdzie muszę pokonać tylko tę jedną, trudną przeszkodę, jaką jest zranienie kogoś, by móc cieszyć się swoim własnym szczęściem. Oni idą jakąś drogą i mają tylko jednen mur do pokonania. 

W zasięgu mojego wzroku znajduje się jedynie pustkowie. Nie ma żadnej drogi, na której nie stoi żaden mur, za którym żadne szczęście nie czeka. To jest mój problem. Na który nie ma rady.